ISZ's Blog

myślISZ, luISZ, robISZ, zmienISZ…ISZ!

Cudowne i bardzo (n)ISZowe :) Grudzień 5, 2009

Filed under: Ogólnosci — ISZ @ 10:06 pm

Nadzieja jest rodzajem “antycypującego marzenia”, jest cnotą przewidywania, która przenika i aktywizuje nasze życie. To naprawdę potężna motywująca siła zakorzeniona w naszych zbiorowych wyobrażeniach. Wyrażają one silnie ugruntowaną troskę o wielość złożoną z “kogokolwiek”, kto tworzy ludzką wspólnotę. Oby nasza chciwość i egoizm nie zniszczyły tego ani nie zubożały dla przyszłych pokoleń. A ponieważ potomność z definicji nie może nam w żaden sposób odpłacić, gest ten jest całkowicie bezinteresowny.

Na przekór powszechnej apatii, retoryce samolubnych genów oraz zaborczemu indywidualizmowi z jednej strony, a dominującej ideologii melancholijnej skargi z drugiej – cała nadzieja w afirmatywnej etyce stabilnej przyszłości. Głęboka i beztroska wspaniałomyślność, etyka gardząca wszelkim ontologicznym zyskiem.

Dlaczego należałoby kontynuować ten projekt?

Właściwie bez powodu. Powody nie mają tu nic do rzeczy. Po prostu zróbmy to, dla draki i z miłości do świata.

Rosi Braudotti “Postsekularna etyka feministyczna”"
(mt)

 

Express yourself – rzuć komenta! Listopad 17, 2009

Filed under: Ogólnosci — ISZ @ 12:43 pm

3 Dni Tygodnia Edukacji Globalnej zakończone – zapraszamy do składania pod tym postem swoich mniej lub bardziej gorących komentarzy. Nie mamy wymogów, ani co do ilości, ani co do treści, ani co do wielkości czcionki :) Przykładowo: Co Wam się podobało, a co nie? Co byście zmienili? Co dołożyli? No i jak się czujecie po tym wspólnym kombinowaniu nad zglobalizowanym światem. Czekamy na Wasze opinie – one są dla nas najważniejsze a i paneliści na pewno czekają na feedback!

 

Bardzo ważny tekst Listopad 2, 2009

Filed under: Ogólnosci — ISZ @ 1:41 pm

Podpisujemy się pod tym tekstem gorąco i wyrażamy ogromy smutek, że w polskiej polityce dominują tematy nakierowane na krtótkotrwały skutek, a obierane cele nie wybiegają ponad kalendarz wyborczy Solidarność Klimatyczna – gdzie ona?

 

Wrzesień 15, 2009

Filed under: Ogólnosci — ISZ @ 9:40 am

Solidarność jest w naszych demokratycznych czasach niezbędnym imperatywem, zarazem jednak jest to wezwanie, na któe nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć bezwarunkowo. Charles Taylor
nb

 

Zapraszamy na naszą stronkę Wrzesień 3, 2009

Filed under: Ogólnosci — ISZ @ 8:08 pm

Odchodząc od zasady bigger&better na rzecz kolorowe jest fajne zapraszamy na nową*, lepszą stronkę ISZ (tu gdzieś trzeba kliknąć)

chipata 077
*hej, ale proszę nie utożsamiać słowa nowe z lepszym bo my, a przynajmniej ja – kocham starocie!!

nj

 

Sierpień 17, 2009

Filed under: Ogólnosci — ISZ @ 8:42 am

Utraciwszy wygodę, jaką dawały granice geograficzne, musimy odnaleźć więzi, które lączą ludzi i tworzą z nich wspólnotę.

Jean-Marie Guehenno

mt

 

Porozmawiajmy o zwierzętach Sierpień 1, 2009

Filed under: Teksty wygrzabane z pamiętnika (podróży) — ISZ @ 10:13 pm

Czyli rzecz o safari

12.08.2008

No cóż. Wbrew swoim zapewnieniom o bojkocie safari entertainment, Trojan trafił na safari. Przyczyna dość prosta – innej możliwości odwiedzenia parków narodowych nie ma. W zasadzie parki narodowe niewiele różnią się od tego co widzę przez okno podróżując daladala między sąsiednimi miastami, jednak dają możliwość zetknięcia się z tą dziką przyrodą „bezpośrednio” (czyt. z murów jeepa). Parków narodowych w okolicy jest sporo i każdy z nich jest otwarty dla samochodów. Różnią się ilością i jakością obecnej w nich zwierzyny. Najbogatszy pod względem różnorodności biologicznej jest Serengeti – dlatego też jest najbardziej znany. Mieszkają tam tylko dzikie zwierzęta (brak osad ludzkich) w tym cała tak zwana wielka piątka (słoń, lew, gepard, bawół i nosorożec). Wielką piątkę ktoś wymyślił, żeby turyści mieli co kompletować zaliczając kolejne safari… Bo w życiu trzeba mieć jakiś cel :) Od razu przyznaje że wielkiej piątki nie zaliczyłam (brak geparda) i myślę, że po kilku latach ostrej terapii jakoś sobie z tym faktem poradzę.

Zatem wracając do parków narodowych – wybraliśmy Ngorongoro. Ngorongoro to tak naprawdę ogromny krater, który sam sobie (bez względu na zamieszkałe w nim zwierzęta) wygląda zdumiewająco. Jak niektórzy wiedzą lub też nie – wszystkie okoliczne górki, w tym Kilimandżaro – to wygasłe mniej lub bardziej wulkany. I właśnie w takim kraterze powulkanicznym mieście się Ngorongoro National Park. W jego centrum znajduje się bardzo silnie zasolone jeziorko, które w porze suchej (czyli właśnie teraz) wysycha, pozostawiając białe osady solne. Generalnie wygląda to zatem jak wielka patelnia z jajkiem sadzonym (). Bosko!!!

Ngorongoro, fot. W.Hubert

Zanim jednak przejdę do naszej szalonej podróży, przedstawię podstawowe zasady przemysłu safari. Otóż, żeby jechać na safari trzeba wynająć auto z kierowcą. Czasem należy też wynająć kucharza, bo przecież nie można jeść TYLKO kanapki podczas tak wyczerpującej wyprawy jaką jest safari… Przykładowo wypad półtoradniowy do Ngorongoro z biurem turystycznym kosztuje 300$ na osobę. Jeśli jeep jest wypełniony 6 osobami – 250$. Do tego dochodzą napiwki dla kierowcy (i kucharza), opłata za wejście do parku – 50$, itd. Itp. Generalnie robi się z tego niezły biznes. Oczywiście tacy niskobudżetowi turyści jak ja i Wit nie pozwoliliśmy sobie na taką expensive przyjemność (choć wszyscy nas przekonywali, że przecież na safari jedzie się raz w życiu i jest to jednorazowe, niezapomniane, bezcenne przeżycie…). Zatem postanowiliśmy jechać na safari…stopem :) Dojechaliśmy do mieściny leżącej najbliżej Ngorongoro i tam o 6ej rano (po obejrzeniu fantastycznego wschodu słońca) łapaliśmy jakiegoś jeepa wypełnionego Mzungami (mzungu = biały w suahili), którzy by nas ugościli. Po pół godzinie znalazł się jeden taki jeep wypełniony jednym Mzungiem (i kierowcą), a mianowicie profesorem z Kanady, który okazał się bardzo ciekawym, inteligentnym, refleksyjnym człowiekiem. Tak więc w trójkę, mając do dyspozycji prawie całego jeepa dla siebie podróżowaliśmy po zakątkach krateru Ngorongoro. Jak ładne i urocze są zwierzątka mówić nie będę. Generalnie jednak na pewno nie można ich nazwać dzikimi. Pan przewodnik po parku opowiedział nam taki dowcip klasy C, który jednak jest kwintesencją safari. Co się dzieje, kiedy lew spotyka czarnego człowieka? Zjada go. A co gdy spotyka białego człowieka? Rozkłada się na trawie i zaczyna pozować do zdjęcia :)

Safari, fot. W. Hubert

Podróżowanie za murami jeepa jest pewną wygodą i pozwala na zbadania dużego obszaru i tropienie okazów przyrody, jednak postanowiliśmy w naszym potrójnym teamie spróbować bardziej bezpośredniej formy doświadczania przyrody czyli walking safari. Uzbrojeni w uzbrojonego pana rangera, zrobiliśmy sobie 3 godzinny spacer. Przy okazji spaceru spotkaliśmy kilku Masajów którzy mają prawo do zamieszkiwania tego parku narodowego, z czego bardzo obficie korzystają, atakując turystów naszyjnikami „made in china” z plastikowymi kłami geparda. Z kolei dzieci potrafią tylko po angielsku powiedzieć trzy słowa: helo, picture, many. Nie owijając w bawełnę – Masajowie zamieszkujący tereny turystyczne są z leksza zepsuci, gdyż turystyka uświadomiła im, że za swój barwny wizerunek mogą dostać kilka dolarów. Takie dylematy mieli pierwsi antropologowie, historia powtarza się u współczesnych „antropologów” czyli turystów, choć chyba rzadko który z nich postrzega to jako dylemat i po prostu płaci za zdjęcie. Zabawna sytuacja spotkała mnie gdy po tym jak nie chciałam zrobić zdjęcia masajskiemu chłopcu, a tylko podałam mu rękę na przywitanie, on zażądał ode mnie pieniędzy za tę antropologiczną „usługę”. Przykre…

Zatem Parki Narodowe to kopalnia złota (oczywiście tylko dla wybranych), i tylko biedne zwierzątka muszą wdychać spaliny z kilkuset jeepów dziennie. Na szczęście mają nas kompletnie w nosie :)

fot. M. Trojanek

To może tyle z moich opowieści z pierwszego i prawdopodobnie ostatniego safari w życiu. Odfajkowałam ;) mt

 

WARIACJE NA TEMAT TANZANII Sierpień 1, 2009

Filed under: Teksty wygrzabane z pamiętnika (podróży) — ISZ @ 9:54 pm
Tags:

Czyli podróże kształcą…

24.07.2008

Zatem pierwsze wrażenia z Afryki – lotnisko jak każde, potem podróż 6 godzinna bardzo wygodnym busem, podczas której przypomniało mi się coś o czym zapomniałam – Afryka to ogromne niezabudowane przestrzenie, przecinane drogami. Od czasu do czasu pośród tych przestrzeni pojawia się postać kilku Masajów w różowo-czerwono-fioletowych chustach w krateczkę. Opowiadać o nich nie będę – doczyta kto chętny. Jedynie zaznaczam, że Masaje dzielą się na Masajów, którzy przemieszczają się ze swoim bydłem przez sawanny i na Masajów, którzy paradują w nowiutkich białych adidasach (i we wspomnianych różowych chustach) po centrach miast turystycznych w ramach akcji “Kub sobie Masaja i wrzuć sobie zdjęcie z nim do facebooka”. Wyjaśniać o co chodzi nie muszę, oceniać nie zamierzam.

Co do sawann i przyrody afrykańskiej – czasem zmieniają się one w pustynie a czasem w dżunglę (nie znam poprawnego słownictwa biologicznego). Nie ma chyba reguły. No ale teraz uwaga, będzie hit największy – podczas podróży spotkaliśmy dwie panie stojące przy drodze, były wysokie, smukłe, i jak przystało na żyrafy wcinały jakieś liście z drzew. Niestety jechaliśmy za szybko, żeby zrobić zdjęcie, ale doświadczenie to było na tyle satysfakcjonujące, że do safari mi się już nie spieszy (z resztą nigdy mi się nie spieszyło).

Sawanna

Dojechaliśmy do Arushy – największego centrum turystycznego. I znów mam problem bo opisanie afrykańskiego miasta jest dla naszej europejskiej racjonalno-linearnej myśli niemożliwością. Tam się tyle dzieje na raz, że nie wiadomo gdzie spojrzeć. Ludzi jest pełno wszędzie. A ponieważ jestem tylko białym człowiekiem, więc samo obserwowanie czarnych jest czymś fascynującym. Sa na prawdę piekną rasą. I nie mówię tego, bo wypada… Nie wypieram się kompleksu białego człowieka, ale nie piszę tak jak “wypada”. Nie piszę, ale moje podświadoma poprawność polityczna… Godzę się z tym, że nie ucieknę przed banalnością i tendencyjnością mojego spojrzenia. Godzę się również z moim etnocentryzmem z jednej strony i byciem etnorelatywistą “na siłę” z drugiej. Jedyne co mogę zrobić to podtrzymywać samorefleksyjność, ale – pole pole (suahili: spokojnie spokojnie) – to nie takie proste i szczerze mówiąc, nie jestem w tym dobra :)

Natomiast co do kwestii mojej białości – oczywiście przytłoczył mnie ciężar baumańskiego turysty i pewnie się od niego nie uwolnię. Ujawnia się to na przykład w ogromnej blokadzie przed wyciągnięciem mojej cyfrowej małpy i zrobieniem zdjęć. A miejsc, ludzi, sytuacji do fotografowania jest masę. Osaczają mnie z każdej strony. I w zasadzie wolę je opisywać niż uwieczniać… Może jak pobędę tu dłużej, poczuję się bardziej wdrożona w kontekst, miejsce, społeczność (jeśli to w ogóle jest możliwe) i będę miała więcej odwagi by robić zdjęcia. Tylko po co? Ale może zakończę już wątek problemów postmodernistycznych, jednak chce zaznaczyć, że doświadczam ich na każdym kroku.

Clash, fot. W. Hubert

Wróćmy do lekkich tematów folklorystycznych. Interesującym przeżyciem jest podroz komunikacja miejska czyli tak zwanym daladala. To taki busik na 15 osób, który pomieści również 15… jazda wyglada mniej wiecej jak zabawa w tańcu na gazecie, gdzie z każdą piosenką zmniejsza się gazetę, aż ktoś z niej wypadnie. Co przystanek do daladala nagabuje się (jest nawet specjalna osoba, która się tym zajmuje) kolejnych ludzi i wpycha się ich do tej uroczej puszki (dosłownie puszki bo okien tam się nie otwiera – Tanzańczycy widocznie nie lubia przeciągów) co w efekcie powoduje ze na jednym miejscu siedzą dwie osoby. Na szczście – w przeciwieństwie do gazety – nikt z busika nie wypada, a przy 90 km/h może to być niebezpieczne…

Daladala, fot. W. Hubert

Kolejna scenka rodzajowa to uliczni sprzedawcy (na przykład człowiek-tablica obwieszony chińszczyzna), którzy oblegają białych na każdym kroku oferując co tylko dusza zapragnie. Musze przyznać ze już trzykrotnie próbowałam być zrobiona w „białego” na przykład poprzez wydanie zlej reszty, użycie innego przelicznika w kantorze, podanie mi ceny „dla białych” która jest dwukrotnie większa niż dla nativow. Inna sprawa ze w sklepach metek z cenami nie ma ponieważ wszystko podlega targowaniu. Jeszcze nie praktykowałam… Aczkolwiek moim osobistym sukcesem było wmówienie panu urzędnikowi sprzedającemu wizę, że dałam mu 50 dolarów, choć sama nie byłam pewna czy mu je dałam, czy je zgubiłam… dalej nie wiem. Ale uwierzył, choć w sumie było to trochę głupie, bo przecież mógł się obrazić i mi nie dać wizy w ogóle… wszystko jest tutaj możliwe i nic nie jest przewidywalne. Wiedziałam o tym wyjeżdżając, i przekonuje się o tym coraz częściej. Póki co jest to fascynujące, zobaczymy kiedy zacznie być frustrujące – zwłaszcza dla takiego poukładanego i systematycznego białasa jak ja :)

Wracając do sprzedawców – najbardziej lubię sprzedawców pomarańczy – bo zapach wokół nich jest oszałamiający. Poza tym wcinam non stop orzeszki, które sa nieporównywalne do tego czym nas raczy nestle i inne. A co do zapachów afrykańskich – jest ich wokół niezliczona ilość. Niestety w centrum dominują spaliny starych samochodów. Ale tez pojawiają się mieszaniny kurzu i dymu z grilla (smażona kukurydza lub inne specjały, które zacznę próbować jak nowa flora bakteryjna rozgości się w moim żołądku), co sprawia ze czuje się jak na Miasteczku Studenckim w czasie juwenalii… Ale na szczęście jestem tutaj, w Tanzanii :) )

Kilimandżaro, fot. M. Trojanek

mt

 

O MAŁŻEŃSTWIE W ZAMBII Sierpień 1, 2009

Filed under: Teksty wygrzabane z pamiętnika (podróży) — ISZ @ 3:18 pm

Zapisane na świeżo, z oznakami przeżycia kulturowego szoku, bez dystansu i racjonalizacji – tym cenniejsze chyba (ale i skażone ortograficzną pomyłką)

19.07.2007

Rozmowy odbyte w domu – moim domu w Lusace w Zambii. Dziś miałam całkiem interesującą rozmowę z Sarą (39 lat, matka 3ki dzieci, wdowa) i jej matką Florence na temat roli kobiety w rodzinie i społeczeństwie. W skrócie: od kobiet „naturalnie” wymaga się więcej i wydaje się to mało odkrywcze jeśli chodzi o sferę domową, natomiast ciekawie prezentuje się ten problem w odniesieniu do ich seksualności.

Zanim jednak rozwinę ten wątek bardzo chcę bardzo mocno podkreślić, że opowiedziane historie nie dotyczą każdej zambijskiej, a tym bardziej afrykańskiej rodziny. Rodzina w której żyłam podczas 3 miesięcznego pobytu w Zambii (my host familly) należała do przedstawicieli bardziej konserwatywnej czesci społeczeństwa. A przynajmniej Florence – matka i ‘głowa rodziny’ (African mama), która była bardzo zaangażowaną katoliczką. Przez około 1,5 miesiąca żyłam we przeświadczeniu, że tak jak w ‘moim domu’ tak dzieje się i w innych. Szczęśliwie udało mi się zetknąć z różnymi ludźmi i wiem na pewno, że także zambijskie rodziny podlegają modernizacji… zasadniczo w stolicy, Lusace – trudno jest generlizowac na temat układu płciowego ról w rodzinie. No ok., generalizować można, ale zawsze pamiętając, że także w Zambii wiele rodzin odchodzi od schematów dostarczonych przez tradycje, wzorce zaczerpnięte z DVD trafiają na podatny grunt także tu, w Zambii. Nie wiem czy to dobrze czy źle, albo raczej nie chcę tu wartościować. Pragnę jednak zaznaczyć, ż wiele zachodnich opracowań (w tym naukowych) – bardzo spłaszcza problem, używając wielkich kwantyfikatorów i niechętnie przedtsawiając wyjątki od reguły.

fot. Tomas Borkor

fot. Tomas Borkor

Często rozmawiałyśmy z Florence, czemu jej synowie którzy byli z nami w domu tak niewiele pomagają w domu… Charles (22l) szukał pracy a Lee (28l) próbował rozkręcić jakiś biznes (NGO które prowadzic będzie siłownie i fitness dla zakażonych HIV, najlepiej w Botswanie bo maja duzo kasy… najpierw jednak musi pożyczyć kasę od nas ;p). Od rana chłopaki oglądali DVD (o tak mieliśmy DVD player i namiętnie poglądaliśmy wszelkie kinowe nowości świeżutko przywiezione z Chin. Swoją drogą zapoznałam się z serialem Prison Break i objrzeliśmy dwa sezony w 48 godzinnym maratonie).

Zasadniczo Florence i jej córka Sara narzekały, że mężczyźni mało robią w domu.. prawie nigdy nie zmywają po sobie, nie gotują, nie zamiatają (ulubione chyba zajęcie Afrykanek robią to do 4razy/24h). NO tak narzekanie, pytam o przyczynę :„Florence no ale jak to możliwe, że wy kobiety i dziewczynki robią tak wiele, wstajecie 4h przed chłopakami a oni się do pracy nic a nic nie garną? A kto w ogole podejmuje decyzje w domu?”

„To tradycja, zaczęło się od polowań i opieką nad dziećmi…” – słyszę, a ponadto „wiesz jak jest w Bibli napisane – kobieta była druga, ma być pomocnikiem dla mężczyzny, więc to jest nasza rola. Nawet jeśli nie jest to do końca fair to trzeba się z tym pogodzić, bo to wynika z naszej kobiecej natury… jest to normalne,..Tak to mężczyźni podejmują ważne decyzje w domu, to oni są głową rodziny, ale jak my kobiety chcemy coś osiągnąć to tez mamy swoje sposoby… za to kobieta podejmuje wszystkie decyzje dotyczące domu, kuchni, To my wiemy co trzeba kupić i ile ugotować żeby dla wszystkich starczyło, no i nawet na wypadek gdyby pojawił się gość. To jest nasz obowiązek, żeby zajmować się domem i dziećmi. Mężczyzna powinien przynosic pieniądze.”

A czy normalne jest także płacenie za narzeczona?- pytam (w gwoli wyjaśnienia, wszyscy Zambijczycy który spotkałam, szczerze się dziwili gdy mówiłam, że w Europie młodzież może sfinalizować swój związek bez specjalnych opłat. W Zambii i gen, Pd Afryce, za narzeczona trzeba płacić (labola payment)). Opłaty różnią się w zależności od statusu kobiety.. jeśli jest młoda i wykształcona płaci się więcej ( i o dziwo kobieta w ciąży jest cenniejsza). Płaci się w krajowej walucie plus w krowach (lub równowartości bydla). A propos ja zostałam wyceniona raz na 1mln Kwacha (ok. 200 euro) i 3 krowy, nieźle co?

fot. Tomas Bokor

fot. Tomas Bokor

Kiedyś sama zaplata miała charakter symboliczny, niestety wraz z zubożeniem społeczeństwa, płacenie za narzeczoną stało się dość istotnym składnikiem codziennej rzeczywistości i mogą znacząco wpłynąć na poprawę stanu zamożności rodziny…przy czym ceny bywają często zawrotne, i skutecznie znichćeja młodych kawalerów..

Cenny panien są negocjowane. Zwykle zakochany wysyła przyjaciela lub krewnego aby w jego imieniu ro0zpoczął negocjacje z rodziną swej wybranki. Czasami musi płacić już za to, żeby w ogóle zechcieli go przyjąc na rozmowę (swoiste kupowanie talk time)!

Kobiety, dziewczyny nie widzą nic złego w tym, ze tradycja nakazuje ,a rodzina oczekuje na uiszczenie opłaty. Podobnie myślą zamożni kawalerowie, będą oni mogli bowiem „zgarnąc najlepsze towary” na matrymonialnej giełdzie. Ubodzy młodzieńcy, którzy stanowią niechlubna większość, chętnie pożegnaliby się z tym obyczajem (który ciągnie za sobą także Mateweto, kitchen party i inne) Podczas warsztatów które prowadziłam w Lusace chłopcy powiedzieli mi, ze jest sposób żeby ominąć tę niewygodną tradycje – należy zapłodnić ukochaną!!

Mało kto pojmuje tego typu zapłatę jako zakup, raczej mówi się tu o wyrażeniu wdzięczności rodzinie przyszłej małżonki, ze wychowała ona córkę na dobrą gospodynię a ponadto/lub nie wyposażyła młódke w wykształcenie czy inne..

Czemu zatem organizacje kobiece tak sprzeciwiają się tej praktyce? Nie tylko dlatego, ze utrwala ona dysproporcje w społeczeństwie (niższe sfery vs nizsze), przede wszystkim dlatego, ze podtrzymuje nie asymetrie władzy – „ja mam kasę – wykupuję cię, należysz do mnie, więc teraz pracuj u mnie”! Oznacza to także „sprzedawanie” nawet młodych dziewcząt tam, gzdie rodzina jest biedna i potrzebuje pieniędzy ( co w kraju gdzie niektórzy wierzą że seks z dziewica lub dzieckiem leczy z HIV może być zgubne).

Luźne zapiski, powinny być kontynuowane..

nj

Autorka w 2007 roku partycypowała w Programie GLEN odbywając m.in staż w organizacji Breakthrough Sport Academy w Zambii. Największym doświadczeniem okazało się jednak życie rodzinne. Przez ponad trzy miesiące mieszkała z dziesieciososobową zambijską rodziną, dzieląc ich radosci i troski oraz zadając europocentyczne pytania.

 

O rozwoju… Lipiec 22, 2009

Filed under: ! EDUKACJA GLOBALNA ! — ISZ @ 11:42 am
Tags: , , ,

logo TEDRozwój jest pojęciem często używanym zarówno w powszechnej komunikacji społecznej, jak i w języku naukowym, gdzie należy do podstawowej terminologii. Pojęcie to jest rozumiane różnie, instrumentalnie jako środek do celu lub jako cel, jako proces przebiegający w sposób samoistny i konieczny, lub jako proces kreowany przez zewnętrzne siły, jako proces uporządkowany i przewidywalny lub jako wieloczynnikowa, niemożliwa do opanowania entropia. Wydaje się, że odpowiednim założeniem dla powyższej nierozstrzygniętej dyskusji jest przyjęcie, że rozwój to proces zmiany wartościowanej pozytywnie z punktu widzenia danego kryterium, na który składa się pewien system pożądanych wartości lub celów. Z tego też względu rozumienie rozwoju jest uwarunkowane kulturowo, co jest faktem często pomijanym zarówno w dyskursie naukowym, w działaniach politycznych, jak i w bezpośrednich realizacjach działań na rzecz rozwoju. O różnorodnych objawach i uwarunkowaniach rozwoju pragniemy rozmawiać w trakcie Tygodnia Edukacji Globalnej.
Temat ten pragniemy ująć zarówno w swobodnych formach edukacji nieformalnej (warsztaty z młodzieżą), jak i w formie bardziej akademickiej (wykłady,dyskusje). Członkom naszego Stowarzyszenia od początku przyświecała idea popularyzacji bieżących problemów o zasięgu globalnym, ze szczególnym uwzględnieniem tematyki rozwojowej, konsumenckiej i ekologicznej. Podjęcie tematyki edukacji globalnej jest efektem naszych zainteresowań, ale także refleksji nad sobą i naszym miejscem w świecie, który – u progu XXI wieku – w sensie politycznym, gospodarczym i kulturowym oznacza ponad wszystko rzeczywistość globalna. Rzeczywistość ta zbyt często jest przedstawiana za pomocą ekonomicznych grafów i technicznych terminów, które przesłaniają nam prawdę o warunkach w jakich żyją ludzie. Technicyzacja języka dotyczy w sposób szczególny pojęcia rozwoju, a przecież ani postęp ani regres nie są samoistnymi zjawiskami, lecz zawsze stoją za nimi ludzie: zarówno ci, którzy odczuwają konsekwencje globalnych zmian, jak i ci, którzy je wywołują. Dlatego uważamy, iż edukacja rozwojowa jest niezbędnym elementem na drodze do uświadomienia ludziom żyjącym w krajach Północy, że ich decyzje, ich działania – czasem nawet te najbardziej rutynowe – niejednokrotnie mają wpływ na losy ludzi żyjących w odległych zakątkach świata. Ponadto często spotykamy się z obrazami stereotypizującymi rzeczywistość dalekich rejonów świata,co dodatkowo wzmacnia europocentryczną perspektywę. Istotnym aspektem edukacji globalnej jest również ukazywanie różnorodności kulturowej i sposobów jej ujawniania w poszczególnych ścieżkach rozwojowych. Dlatego też kwestii rozwoju przyglądać się będziemy na bazie studium przypadków oraz z wyszczególnieniem jego aspektów – społecznego, gospodarczego, środowiskowego.
Polska, jak i pozostałe państwa regionu, uczestniczy w działaniach na rzecz redukcji ubóstwa, co staje się powoli naturalnym elementem polityki zagranicznej naszego kraju. Jak długo jednak problem globalnych nierówności nie wejdzie do społecznej świadomości członków naszego społeczeństwa – tak długo spotykać się będziemy z oporem polityków wobec umieszczeniem kwestii globalnego rozwoju i solidarności z krajami Południa na politycznej wokandzie. Uważamy, że powszechna świadomość, będąca owocem szeroko zakrojonej edukacji rozwojowej, przyczyni się do kształtowania postaw solidaryzmu oraz partnerstwa z mieszkańcami krajów rozwijających się.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.